kukuczka

no i co z tego, że nie umiem jeszcze chodzić? no co z tego? nie moja przecież wina, że zamiast już chodzić, mogę tylko raczkować, a i to nie zawsze dobrze mi wychodzi, skoro co chwila jedną nogą zamiatam wszystko dookoła. nie muszę się nigdzie spieszyć, chociaż nie ukrywam, że jak widzę inne dzieci na placu zabaw, to trochę mnie w środku skręca, że one już mogą a ja jeszcze nie. ale co mi tam.

najlepiej się bawię, kiedy mogę tak zasuwać od przedpokoju przez kuchnię do salonu i dalej od początku. nic mnie wtedy nie zatrzyma. nie straszna mi zimna posadzka w kuchni ani progi w drzwiach, o które wiecznie się potykam. zasuwam przed siebie i tylko to się liczy. mama się nieraz śmieje, że wyglądam, jakby mnie coś opętało, bo mówi, że jak długo z dziećmi pracuje, to jeszcze nigdy nie widziała, żeby ktoś tak szybko popylał po podłodze.

jakby tego wszystkiego było mało, to muszę jeszcze z dumą nadmienić, że bardzo skrzętnie mi przychodzi wstawanie i podnoszenie się z pozycji siedzącej. mam to zresztą od dawna. że tak się łatwo przestawiam z poziomu do pionu, o ile tylko mam coś, czego mógłbym się przytrzymać. w związku z powyższym zapytacie zapewne, po co o tym wszystkim mówię. no to wam powiem.

w tym tygodniu po raz pierwszy zdobyłem pierwsze piętro. drogą od południowej strony, przez schody, z wcześniej już kiedyś założonymi poręczami po prawej, które – swoją drogą – nie były mi wcale potrzebne. droga nie miała oznakowania, ale patrząc po licznych śladach i otarciach, wielu musiało już ją zdobywać. że o moich rodzicach i Freddiem nie wspomnę. szedłem dosyć szybko, bez zabezpieczenia i poręczówki, ale i tak czułem, że mój tata był cały czas za mną i z dumą śledził mój każdy krok. a ja nieugięty, nie poddawałem się. stopień za stopień piąłem się pod górę i nie panikowalem, kiedy czasami osunęła mi się ręka czy kolanem nie trafiłem na kolejny stopień. świeże górskie powietrze uderzyło mi do głowy i z łącznym czasem poniżej minuty zdobyłem pierwsze piętro, skąd – jak może zgadniecie – zostałem przez mamę szybko eskortowany do pokoju.

tata później mówił, że byłem prawie jak legendarny Kukuczka. trochę się ze mnie śmiał, ale chyba raczej z zadowolenia, że wspinanie się do góry weszło mi w krew zupełnie jak i jemu. i przypomniał, jak to kiedyś jego samego nazwał tak wujek Tomek, kiedy tata po raz pierwszy dokonał zimowego wyjścia na Halę Gąsienicową. no jeśli rzeczywiście mam do tego taki talent, góry Wicklow rychło o mnie usłyszą.

Leave a comment