rodzice chyba myślą, że ja to jestem jakimś zwierzęciem. no naprawdę, nie zmyślam. zwierzęciem. niespecjalnie dużym, ale też już niespecjalnie małym. napewno trochę groźnym, skoro już raz mamę ugryzłem. no nie żeby jakoś tak mocno i do bólu i krwi. ale ugryzłem. czego bym jednak nie zrobił, to rodzice mają mnie za zwierzę już od jakiegoś czasu, skoro od samego początku, odkąd tylko pamiętam, zawsze do spania kładli mnie do takiego kojca z dość wysokimi ścianami, obitymi siatką. no zupełnie jak w zagrodzie dla niebezpiecznych zwierząt.
później wytrzasnęli skądś takie trochę większe łóżko, ale już w pełni drewniane. śpi się w nim fajnie, nie przeczę, ale gdy czasami budzę się w nim w nocy – i krzyczę przez płacz – to momentalnie nachodzi mnie myśl, że to w sumie też taka klatka. tylko że większa. i wtedy krzyczę jeszcze głośniej, no bo w sumie za co mnie to wszystko spotyka?
z pewnością już wam mówiłem o mojej zagrodzie w salonie, prawda? no a jak nie to powtórzę. bo to już jest zdecydowanie większe ustrojstwo, które nie służy już wcale do spania, ale bardziej… no właśnie? do czego takie ustrojstwo może służyć? jakimś dziwnym zrządzeniem losu, od samego początku, lądowały w nim różne zabawki. oczywiście już po fakcie, jak wcześniej wszystkie je stamtąd wyrzuciłem. więc może służy do przechowywania moich zabawek. i skarbów. i różnych takich różności, które z reguły wolę mieć poza tą zagrodą aniżeli w niej. czyli może służy do wyrzucania? było nie było obie te czynności nie mogłyby się zdarzyć, gdyby mnie tam nie było. a więc w pierwszym rzędzie całe to ustrojstwo musi słyżyć do bytowania, prawda? a co z reguły bytuje w tym samym miejscu – w zamknięciu – przez pewien czas? nie wiecie? no przecież że zwierzęta!
jak jeszcze pomyślę o tych wszystkich miśkach, żyrafach, wężach, tygrysach i lwach – że już zupełnie nie wspomnę o wszystich moich ubrankach i becikach przyzdobionych tak samo ich różnymi wizerunkami – to całe to przekonanie, że rodzice traktują mnie jak jakiś podrzędny gatunek, nasila się we mnie coraz bardziej. poprawcie mnie, jeśli się mylę, ale gdyby moi rodzice uważali mnie za prawdziwego człowieka, to czyż nie próbowaliby mnie posadzić do klatki z podobnymi do mnie rówieśnikami? coś tu musi być na rzeczy, skoro jak do zagrody to wiecznie tylko sam. albo z tymi wszystkimi pluszowymi zwierzakami.
ale tak sobie myślę, że kiedyś nadejdzie koniec tej niewoli. w końcu już parę dni temu tata otworzył drzwi do zagrody i pozwala mi ruszać się po salonie. na początku obwarował się poduszkami i zamknął drzwi, żebym mu nigdzie nie zwiał, ale tak na przykład dzisiaj już w ogóle ich nie używał. więc miałem trochę większą dowolność. choć drzwi były wciąż zamknięte. ale też parę dni wcześniej, jak wracaliśmy ze spaceru, tata wyciągnął mnie z wózka (do którego byłem przypięty pasami, a jakże!) i zmusił (tak właśnie, zmusił!) do tego, żebym samodzielnie przeszedł dobry kawałek w drodze powrotnej do domu. i mimo tego, że przecież chodzenie mam już całkiem nieźle opanowane, to tata i tak trzymał mnie cały ten odcinek za rekę. tak, doskonale powinniście mnie tutaj zrozumieć: zupełnie jakbym był jakimś zwierzęciem.
