zielona szkoła

no więc po pierwsze to znowu długo się nie wysilałem, żeby tatę przymusić, żeby tu coś skrobnąć. ale to już chyba taki nasz zwyczaj, że nie ma co pospieszać skoro inne rzeczy trochę jakby ważniejsze na głowie. no i właśnie z tego względu, po takie pierwsze drugie, to muszę wam powiedzieć, że niedawno skończył się u nas w domu pierwszy, dwutygodniowy turnus dla przyjezdnych gości. no i także z tego też względu, po takie pierwsze trzecie, od połowy maja do początku czerwca byłem po prostu zajęty, żeby nie powiedzieć wręcz: wyjątkowo towarzysko eksploatowany. więc co dzisiaj mówię, poproszę tatę, żeby wrzucił tutaj z trochę wsteczną datą, żeby zaprowadzić trochę porządku. no ale po kolei.

jakiś czas temu, kiedy byliśmy na naszym roboczym spacerze, tata zaczął snuć historię, jak to za czasów kiedy był w wieku mojego brata, z reguły jakoś tak na przełomie kwietnia i maja, często przychodziło mu wyjeżdżać na tak zwaną zieloną szkołę wspólnie z nauczycielami i kolegami i koleżankami z klasy. zielone szkoły trochę różniły się od obozów i kolonii właśnie tym, że pozwalały na spędzanie czasów z rówieśnikami, z którymi od września wspólnie nosiło się tornistry i biegało w przerwach po korytarzach. wszyscy się znali. albo inaczej: wszyscy się czuli, jakby się znali i wszystkim towarzyszyło poczucie swojskości i przynależności do tej samej grupy, klasy czy szkoły, która naraz w całości została przeniesiona daleko od rodzinnego Krakowa i przestronnych murów popularnej dziewięćdziesiątki. na obozach było zgoła inaczej. choć zdarzały się nieraz grupki i towarzystwa należące do jakiegoś konkretnego osiedla, większość uczestników tych letnich wypraw nie miała ze sobą bezpośredniej wczesnej styczności. znaczyło to mniej więcej tyle, że po gorącym i pełnym emocji czerwcu, wraz z nastaniem prawdziwego lata w początkach lipca, spora część z reguły głośnych i roześmianych piąto- lub sześcioklasistów musiała zmierzyć się ze swoimi wewnętrznymi obawami i odnaleźć się w sytuacji cokolwiek niecodziennej: na czas dwóch, najwyżej trzech tygodni zawiązać nowe znajomości, zyskać istotnie niezbędną na ten czas popularność, a na koniec wydobyć jeszcze od poznanych w tym czasie kolegów i koleżanek stacjonarny numer telefonu, który miał pozwolić na utrzymanie tych krótkichj wakacyjnych przyjaźni jeszcze przez jakiś czas.

tata – kiedy tak ze mną monologował – zdawał się nie mieć jakichś konkretnych preferencji co do tego, czy bardziej pasowały mu w tamtych czasach wyjazdy na zielone szkoły czy obozy i kolonie. nie żeby zawsze był otoczony wianuszkiem wielbicieli, co to to nie, ale umiał się odnaleźć i tu, i tu. na niekorzyść zielonych szkół na pewno przemawiał fakt, że w ciągu dnia wciąż toczyły się zajęcia i co niektórzy z nauczycieli lubili wykorzystać ten czas na przedstawienie jakiegoś nowego materiału lub sprawdzenie wiadomości z określonej lektury czy historycznej epoki. poza tym należało uważać, bo naganne zachowanie na zielonej szkole mogło znaleźć odzwierciedlenie na końcowym świadectwie, a tego przecież nikt nie chciał. z drugiej jednak strony to poczucie swojskości i przynależności do grupy, którą zna się z reguły od września do czerwca, pozwalało na płynną adaptację w nowym miejscu. w końcu nie trzeba było tracić czasu na rozpoznanie, kto jest kim, z kim lepiej się gra w piłkę, a z kim lepiej nie podchodzić do ping-ponga. chłopaki wiedzieli, która z dziewczyn jest do wzięcia, a i odwrotnie, zakwitające nastolatki tak samo rozumiały, dla kogo już nie warto było tracić głowy. jednym słowem więc: na zielonych szkołach wszystko toczyło się trochę jakby szybciej i prościej.

plus jeszcze sam fakt tego, że zielone szkoły przypadały na środek wiosny. świetny czas na wyrwanie się ze szkolnej codzienności i odkrycie mapy okolicznych atrakcji turystycznych. Piwniczna, Rabka, Krynica, Zakopane, Zawoja, Rytro czy Krościenko. to tylko jedne z nielicznych ale jakże przecież często odwiedzanych w tamtych latach miejscowości. tata bywał w nich przy okazji różnych okazji, kiedy tylko skończył dziesięć lat, czyli – nie przymierzając – blisko trzydzieści lat temu. jak on to wszystko pamięta, ogarnąć tego nie potrafię. ale pewnie musiał to być dobry czas, skoro pamięć o nich przetrwała aż do dzisiaj. oczywiście nie wszędzie jeździł na zielone szkoły. niektóre miejsca poznał ze względu na dalszych krewnych. albo ze względu na jego studencką miłość. albo ze względu na jego postudencką miłość. albo dlatego, że postój akurat wypadł gdzieś po drodze i dobrze było się zatrzymać tu albo tam.

jednym z powodów, może nawet jednym z ważniejszych, który zadecydował o tym, że tata snuł sobię tę historię a ja jakby niczego nieświadomy siedziałem znów przypięty do wózka i rozglądałem się dookoła po naszym malowniczym Blessington, jest prosta okoliczność, która spotkała nas całkiem niedawno. otóż mieliśmy gości. na dwa tygodnie. w połowie maja. zatrzymali się w specjalnie dla nich przygotowanym pokoju. mieli zapewnione wyżywienie. i nocleg. do dyspozycji ogród i czytelnię. i dostęp do różnego rodzaju gier zespołowych. no i co istotne: na ostatnią noc tata wysmarował klamki do ich pokoju i toalety pastą do zębów. żeby się w wczesnego ranka goście ubabrali. zielona szkoła ma się rozumieć. ale jakby to był środek lipca czy sierpnia, to jeszcze mogliby zarobić po kocówie, czyż nie?

dla nich te zielone szkoły to pewnie był kiedyś chleb powszedni. ale dla mnie jeszcze nie, bo przecież jeszcze za wcześnie, żebym to wszystko wyrozumował. poza tym goście sami w sobie nie należeli do przypadkowych. i w końcu nie często poznaje się po raz pierwszy w rzeczywistości moją daleką, ale dzięki wysiłkom taty dosyć bliską rodzinę: babcię i dziadka.

Leave a comment