bobolz

No nie uwierzycie, jak wam powiem, co u mnie. no bo jak? bo skąd?

tata już – jak to się ładnie mówi w tym młodzieżowym języku, do którego jeszcze nie przyszło mi dorosnąć – leci sobie równo po bandzie i za nic sobie ma moje wczesne dzieciństwo. ja rozumiem, że praca i że dom, że trzeba się zająć tym i tamtym, że zakupy od czasu do czasu, że trawę trzeba skosić, a przecież niemal cały czas pada, że po kotach trzeba posprzątać, no i przecież ktoś musi mi kurczaka czy kiełbaskę usmażyć, no ale hola, ja tam swoje wiem. żeby tak moje przemyślenia zapomnieć, na bok odłożyć, i do szczętu znieważyć przez swoją nieobecność, no nie, na to nie pozwolę!

dobrze by było, gdybym trochę zaczął w tym wszystkim pomagać i wreszcie zaczął pisać tak płynnie, jak nawet tata nie potrafi. ale to dla mnie chyba wciąż jeszcze za wcześnie. bo co ja taki mały, może już nie taki nieporadny, w końcu mogę? skrobnę sobie czasem coś na kartce, jak mi tata zapoda plik swoich szalenie dziecinnych rysunków. on to w sumie tak trochę ograniczony pod tym względem jest, bo jak kolorami coś dłubie, to głownie samochody, a jak ołówkiem czy węglem – to już tylko jakieś tam górskie widoczki. jak ja sie mam w tym niby odnaleźć? i jeszcze się na mnie, kurczę, tata wkurza, jak mu te samochody pokreślę. a że niby co ja mam innego robić? niech się cieszy, że nie kreślę po tym małym stoliku, który kilka tygodniomiesięcy* temu dostałem od mamy, boby dopiero wtedy miał sprzątania!

albo innym razem, jak jeszcze kiedyś nad naszym domem widać było słońce, tata przyniósł do ogrodu takie prześwitujące coś, rozłożył się na trawie i wycignął od Fredka takie małe tubki różnokolorowych farbek i kilka pędzli i zaczął mnie uczyć, jak to być kreatywnym. więc tak chwilę nad tym posiedzieliśmy, tata trochę zamyślony i w sumie to nawet zawzięty, a ja – jak sobie możecie łatwo wyobrazić – nieogarnięty i pobudzony do nieprzytomności, skoro tylko mogłem spróbować jakiejś nowej aktywności, na którą wcześniej spozierałem tylko nieśmiało w przedszkolu. za dużej sztuki to może z tego na koniec nie było, ale tacie to nie przeszkadzało; zresztą on to musi mieć chyba straszenie zaburzone poczucie smaku, skoro powiesił to prześwitujące coś tam u mnie nad łóżkiem i uznał, że się nada.

ja to w ogóle lubię ogród. odkąd tylko zrobiło się cieplej – no może nie jakoś tak zawzięcie cieplej, ale po prostu cieplej, że mogłem praktycznie boso latać po trawie – to ciężko było mi się od tego ogrodu oderwać. no bo czego tam nie ma? przede wszystkim jest trawa i jest cała sterta małych kamyczków, które mogę sobie przenosić z miejsca na miejsca, albo rzucać, albo ustawiać, gdziekolwiek tylko przyjdzie mi na to ochota i gdziekolwiek tylko tata mi tego nie zabroni. jest traktor, który w zeszłym roku na urodziny dostałem od wujka Lukasa, i jest przyczepka, w której od czasu do czasu zbiera sie deszczówka – a jak sie zbierze, to ja mam wtedy obie ręce pełne roboty, no bo przecież wyławianie kamyczków z takiego małego rezerwuaru to nie tyle przyjemność, toż to przecież obowiązek! oprócz tego mam piłkę, jedną taką, inną taką, i jeszcze inną, ale ta jest akurat niedopompowana, i jeszcze jedną za huśtawką, na którą – jeśli już o huśtawcę mówię – mogę się już samemu wyspindrać. no i cały stos innych zabawek, które może i nie są mi do szczęścia potrzebne, ale które na pewno nadają temu miejscu trochę dodatkowego uroku.

tata – nie powiem – trochę się napracował wcześniej, żebym mógł w tym ogrodku tak sobie posiedzieć. nie będę go tam za bardzo chwalił, bo to by trochę kłóciło się z tym, co powiedziałem na początku, ale na pewno trochę zasług w tym ma. bo plewił i kosił, i wykrawał trawę, co to mu rosła po bokach, i grabił liście po zimie, i odmalował albo płot, albo starą szopę na narzędzia – no generalnie coś tam z tym ogrodem robił. mnie nawet się ta jego praca spodobała, bo nieraz pomagałem mu w noszeniu chwastów i pakowaniu ich do wora, i byłem w tym całkiem niezły, ale chyba najlepiej wychodziło mi uzupełnianie konewki i podlewanie tych kwiatów, co to tata w zeszłym roku na wiosnę ponoć posadził, ale które wyrosły dopiero tego lata. no nie kłamię wam!

z tą konewką to mogłem łatać bez końca. i tacie się to nawet podobało, że tak umiem zadbać o jego podłogokawałek**, ale żeby mnie od tego odciągnąć? no spróbowałby kto tylko. darłem się wtedy wniebogłosy, jakby ktoś mnie z tego ogrodu z korzeniami wyrywał, i uparcie trzymałem się mojego źródełka.

no chyba, że tata wyciągał z zanadrza bobolz i dawał mi trochę podmuchać. ale to już zupełnie inna historia.

* tata zaczął niedawno czytać jakiegoś Faulknera w nowym ponoć tłumaczeniu i teraz takie dziwne słowa wypowiada praktycznie bez zająknięcia.


** no przecież-em raz powiedział!

Leave a comment